Artur Słotwiński

Mamy w Polsce bardzo niezwykłego muzyka. Artur Słotwiński urodził się w roku 1990. Z wykształcenia jest kompozytorem i pianistą. W 2014 roku skończył studia kompozytorskie na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie. Najstarsze z wymienianych przez niego kompozycji pochodzą z 2008 i na dziś na jego profilu na Facebooku naliczyłam ponad 50 utworów. Równie imponująca jest lista uzyskanych przez niego nagród – osoby ciekawe tych szczegółów odsyłam na strony: https://www.arturslotwinski.com i https://www.facebook.com/pg/ArturSlotwinski.

Na kanale YouTube, na którym Artur Słotwiński dzieli się premierami swoich kompozycji, zwykle widać zarejestrowane kamerą pustawe sale koncertowe. Sama byłam na jednej z jego premier. Ponieważ nie byłam przygotowana na to, co usłyszałam, zdziwiła mnie jakość wykonania i pomysłowość młodego kompozytora. Pomyślałam, że jeżeli występuje w Polsce ktoś taki, powinno być o tym głośno. Wręcz wyobraziłam sobie, że z takimi osobowościami nietrudno byłoby wywołać mały hype wokół klasyki i muzyki filmowej…

Po kilku miesiącach trafiłam na kanale YouTube Artura Słotwińskiego na film z następującym opisem (po angielsku, poniżej moje tłumaczenie): „Trzyczęściowy koncert w stylu chopinowskim z 1831 roku został skomponowany przez polskiego kompozytora Wojciecha Alberta Sowińskiego w Paryżu. Jego premiera miała miejsce około 1830 roku. Trasa koncertowa po Europie z tym utworem zakończyła się wielkim sukcesem. Utwór został zapomniany na ponad 190 lat, a Sowiński poświęcił się kompozycji i nauczaniu. Zmarł w Paryżu w 1880 roku, zapomniany i ubogi. Grand Concerto został odkryty w 2013 roku w Louisville w USA przez Artura Słotwińskiego, który przywrócił oryginalną wersję na fortepian i orkiestry z jedynej ocalałej wersji na fortepian. W tej formie utwór miał premierę 24 września 2017 r. na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie (…)”.

Znowu ogarnęło mnie zdziwienie. O tym wydarzeniu znów nikt nie napisał, a na premierze znów zarejestrowano pustki. Jak często zdarza się, że odkrywamy muzykę z okresu powstania listopadowego gdzieś w Louisville w USA? I właściwie o którym Louisville w USA jest mowa? Dlaczego nikt tego jeszcze nie opisał z należytym pietyzmem?

Przy ograniczonej wiedzy, jaką mam o muzyce klasycznej, trudno mi sobie wyobrazić, jak wygląda i jakiego wysiłku kompozytorskiego wymaga „dokomponowanie” koncertu na orkiestrę i fortepian ze zredukowanej wersji na sam fortepian sprzed prawie 200 lat. Być może oddanie pełnej sprawiedliwości wysiłkowi podjętemu przez Słotwińskiego będzie trudne, nawet w najbardziej uczonych rękach dziennikarzy i muzykologów.

Niezależnie od tego, pewnym zachwianiem proporcji – a właściwie zupełnym sztormem na owych proporcjach – wydaje mi się, że w kraju Konkursu Chopinowskiego (tak, pełna nazwa to: Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina), w ojczyźnie Chopina, zakłada się brak entuzjastów muzyki, która została skomponowana w czasach Chopina, z wykorzystaniem wyjątkowego stylu, który ten stworzył. Może ktoś argumentować, że utwory Wojciecha Alberta Sowińskiego nie są utworami Fryderyka Chopina, a wykonanie Artura Słotwińskiego nie jest tym samym, co wykonania międzynarodowych wirtuozów z Kanady czy Korei. W rzeczywistości jednak odbiorców tej muzyki w Polsce nie brakuje, a i Słotwińskiemu niczego nie brakuje jako pianiście i dyrygentowi. Na tego rodzaju dźwięki z pewnością jest miejsce i odpowiednia publiczność.

W Warszawie z okresu międzywojnia obecność kogoś takiego, jak Artur Słotwiński, ożywiałaby dyskusje w kawiarniach, a żadna jego premiera nie przeszłaby bez echa. Choć nie było wtedy Facebooka, informacje o tym, co ważne, rozchodziły się całkiem nieźle. Prawdą jest, że muzycy czerpią radość z samej muzyki i pełne sale są im do niczego niepotrzebne (chyba trudno o lepszy dowód, niż w tym przypadku), ale zastanówmy się, czy czegoś czasem nie tracimy takim podejściem. Marzy mi się zobaczyć rano w warszawskim metrze nie tylko muzyków studiujących grube partytury (kto wie, czy nie studiujących na koncerty w Berlinie lub Wiedniu), ale i częściej widywać pasażerki popijające latte na wynos z torbami na zakupy zadrukowanymi nutami i napisami w stylu „Nie słuchasz klasyki – nie umówię się z Tobą na kawę”. Polskie kawiarnie zdecydowanie zasługują na taki klimat.