Miedzywojenne zniesławienie polskie

Przedwojenne polskie orzecznictwo jest przeciekawe. Tysiące orzeczeń Sądu Najwyższego zachowało się w zbiorach orzecznictwa, tak więc nawet utrata wszystkich akt w pożodze wojennej nie powstrzyma badacza przed zanurkowaniem w te odmęty. Szczególnie ciekawe są sprawy z oskarżenia prywatnego. Być może nic tak dobrze nie oddaje atmosfery międzywojnia, jak sprawy przed sądem karnym, w których nie brał udziału żaden prokurator, a jedynie adwokaci. Wśród tych prowadzi oczywiście zniesławienie.

Z wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie z 4 listopada 1936 r. (III 4 K 36/36) dowiedzieć się można, że jednym z wątków, którymi musiał zająć się sąd, było to, czy, podając odpowiedzi szarad z innego tytułu prasowego, opisujący te szarady nie dopuścił się zniesławienia organizacji wydającej cytowane czasopismo.

Jedna z szarad brzmiała: “…to sławny komunista, zmarły wódz rewolucji”, a ich rozwiązania, jak podano w Ilustrowanym Kurierze Codziennym, brzmiały: Moskwa, Bajkał, Kreml, Leningrad. Sprawa była poważna, gdyż czasopismo było zalecane młodzieży szkolnej przez ówczesne ministerstwo ds. oświaty, czyli Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Krótko wcześniej zaś na Zjeździe Kominternu postanowiono o stosowaniu propagandy ukrytej, niebezpośredniej i kierowanej m.in. do dzieci, a przekonującej o wielkiej atrakcyjności komunizmu.

Oskarżony Jan Stankiewicz, redaktor odpowiedzialny I.K.C., miał odpowiadać za posądzenie redakcji czasopisma o właściwości, które mogłyby poniżyć organizację w opinii publicznej i narazić na utratę zaufania, a konkretnie o szerzenie bolszewickiej propagandy. Sąd musiał samodzielnie szarady rozwiązać (i to bez udziału biegłego!) i stwierdzić, czy zarzut propagandy bolszewickiej wyrażony w czasopiśmie był oszczerczy, czy może był uzasadniony. Teoretycznie, do pomówienia mogłoby dojść, gdyby w I.K.C. zarzucono propagandowy charakter krzyżówek, ale takimi by one ostatecznie nie były – choćby wtedy, gdyby ich rozwiązania brzmiały: Kijów, Paryż i Białystok. Po ustaleniu, że szarady faktycznie dawały rozwiązania podane w I.K.C. (oraz po ustaleniu szeregu innych, znacznie istotniejszych kwestii), Jana Stankiewicza od oskarżenia uwolniono. Słynne jednak były anegdoty dotyczące tego redaktora, że nie rozstawał się ze szczoteczką do zębów, gdyż nigdy nie wiedział, kiedy znowu trafi do aresztu. Tym razem mu się udało.

Jakkolwiek absurdalnie brzmi fragment o szaradach, które sąd samodzielnie rozwiązał – trudno powiedzieć, czy słuchając świadków, czy w trakcie narady, czy może sporządzając dopiero pisemne uzasadnienie – w tym samym wyroku zacytowano pojedyncze, ale ciekawe orzeczenie Sądu Najwyższego. Chodziło o wyrok SN z 8 maja 1934 r., sygn. akt 3 K 372/34. Dla sprawy istotna była tylko teza tego orzeczenia (mówiąca między innymi o tym, że oszczercza może być krytyka na tle jednego czynu, a nie musiała być to zawsze krytyka całoształtu zachowań danej osoby czy organizacji). Ciekawe jednak było też, jakiego stanu faktycznego sprawa ta dotyczyła. Otóż Sąd Najwyższy zatwierdził 8 maja 1934 r. wyrok skazujący podsądnego, który wysłał do adwokata list z wyrokiem do sporządzenia apelacji, pisząc w nim, że sędzia wydał wyrok jak pierwszy lepszy chłop i nazywając wyrok śmiesznym. Zdaniem SN, podsądny pomówił sędziego względem jego adwokata o brak wykształcenia, a więc „o brak wymaganych dla spełniania funkcji sędziowskiej walorów duchowych, zatem o właściwości, które mogły go poniżyć w opinii publicznej”. Za co – został skazany.

Wyrok nie mówi niestety, jakim cudem sędzia dowiedział się o pomówieniu zawartym w liście do adwokata, którego obowiązywała w tym zakresie tajemnica zawodowa. Ciekawe jest to orzeczenie także z tego względu, że w wyroku Sądu Najwyższego z 14 września 1934 r., sygn. akt 2 K 797/34, również zarzucono dokonanie zniesławienia w liście – tym razem kierowanym do komendanta policji. W tej ostatniej sprawie oskarżonego jednak uniewinniono.

Pamiętać też warto, że słynny obrońca, adwokat Zygmunt Hofmokl-Ostrowski, wymykał się wymiarowi sprawiedliwości, niezmiennie bezkarny pomimo siedmiokrotnego oddania strzału z rewolweru w kierunku świadka w trakcie rozprawy na wypełnionej ludźmi sali sądowej. Został skazany dopiero, kiedy oznajmił w wypowiedzi obrony, że “Berezę stworzył tchórz”. Łatwiej było skazać słynnego adwokata za wypowiedzianą na sali sądowej obrazę Marszałka, niż za urządzenie sobie na sali sądowej strzelaniny z rewolweru, którą szczegółowo opisała przedwojenna prasa. Opisy wydarzeń analizowanych przez sądy spraw bywają zresztą dość plastyczne, nawet w treści samych wyroków. Na przykład w wyroku SN z 5 kwietnia 1937 r., sygn. akt 2 K 2004/36, omówiono, jak doszło do pomówienia sędziego w sekretariacie sądu słowami “mam dość już pańskich szykan”. Sędzia, jak można dowiedzieć się z uzasadnienia, był w sekretariacie w todze i w łańcuchu, udając się gdzieś po potrzebną mu na rozprawie ustawę, kiedy usłyszał te słowa. Świadkiem wydarzeń miał być, ponownie, adwokat.

Sprawy te nie dotyczyły jednak tylko sędziów. W wyroku z 27 września 1935 r., sygn. akt 3 K. 801/35, Sąd Najwyższy musiał rozważyć, czy w świetle przepisów Kodeksu Makarewicza zniewagą było określenie kobiety “starą panną” i czy określenie kogoś “starą panną” wielokrotnie w różnych terminach było czynem ciągłym czy wielością czynów.

Z innej beczki i bardziej handlowo, w wyroku SN z 22 grudnia 1936 r., sygn. akt 1 K 816/36, zarzut zniesławienia dotyczył nazwania firmy “szulerską”. W uzasadnieniu tego wyroku pada zdanie: “Kodeks nie zna bowiem dowodu prawdopodobieństwa i dobrej wiary, zna tylko dowód zupełnej prawdy (…)”.

Niezwykły jest zmieniający się z wyroku na wyrok stosunek Sądu Najwyższego do zagadnienia prawdy. Wahano się, czy miała być ona obiektywna czy subiektywna; czy faktyczna, czy wedle najlepszej wiedzy oskarżonego itd. Liczba wyroków na gruncie art. 255 Kodeksu karnego z 1932 r. wskazuje na duże zainteresowanie sądów zagadnieniem prawdy w sensie głęboko filozoficznym. Można się cieszyć, że na tym podłożu, właśnie w Warszawie, zrodziła się semantyczna definicja prawdy Alfreda Tarskiego. Ten wybitny logik, który do 1939 r. uczyć musiał w warszawskim liceum, gdyż jako docent Uniwersytetu Józefa Piłsudskiego nie dostawał pensji, dzięki swoim dokonaniom w obszarze analizy zagadnienia prawdy w 1939 r. został wykładowcą na Uniwersytecie Harvarda.

Przeszukując powierzchownie polskie archiwa państwowe w poszukiwaniu zdjęć z rozpraw o zniesławienie trafi się niestety tylko na kilka fotografii, w tym z jakiegoś powodu na rozprawę zagraniczną (słynny proces “Bonny” vs. “Gringoire” (1)) i na niezbyt głośny proces Zenona Przesmyckiego Miriama o nieprawdziwe posądzenie o przechowywanie bez opracowania unikatowych manuskryptów polskiej literatury (2). To niezamierzone zestawienie stanowić może ciekawą ilustrację do rozważań o treści przedwojennych procesów o zniesławienie, o definicji prawdy i o stanie polskich archiwów.

(1)
(2)