Sokrates, Trump, demokracja

W. S. Robinson, Bias, Probability and The Trial by Jury, American Sociological Review 1950, str. 78.

W ramach tego wpisu weekendowego prawdopodobnie po raz pierwszy zdradzę część tego, co myślę o reformie sądownictwa w Polsce. Artykuł będzie niekonkluzywny. Biorąc pod uwagę brak miejsca na Twitterze na tego rodzaju argumenty, uznałam, że warto zaryzykować jeden wpis na blogu, aby sprawę przynajmniej zarysować.

Sokrates

Problem demokratyzacji sądownictwa kojarzy mi się z Sokratesem i jego procesem, który też zakończył jego życie. Sokrates żył i umarł w Atenach, w V-IV w. przed Chr., stworzywszy tzw. metodę sokratejską. Metoda sokratejska polega na tym, jak podaje encyklopedia XXI wieku (Wikipedia), żeby wcielić się w łaknącego wiedzy prostaczka (eironeia, ironia, postawa udawanej skromności). W moim odczuciu metoda sokratejska polega na tym, żeby zamiast prześlizgiwać się nad problemem z użyciem stereotypów (problem duży, czasu mało), zatrzymać się nad problemem i przyjrzeć mu odrobinę dokładniej. Po bliższym zapoznaniu okazuje się często, że problem nie jest taki duży, a czasu nie jest aż tak mało. Przyjrzawszy się problemowi czasem oszczędza się czas, zamiast go tracić, jednak, by się o tym przekonać, trzeba najpierw spróbować, a właśnie z tym często jest (właściwy) problem.

Proces Sokratesa wziął się z oskarżenia o obrazę bogów i psucie młodzieży opowieściami (ale nie o bogach). Sprawę rozpatrywał ateński sąd ludowy w liczbie pół tysiąca. Po wysłuchaniu oskarżenia i obrony, Ateńczycy dwukrotnie głosowali nad losem oskarżonego. Ateńczycy skazali filozofa na samobójczą śmierć, licząc, że ucieknie od jurysdykcji ateńskiej w banicję. Filozof wybrał śmierć, respektując kolektywną, demokratycznie wyrażoną wolę mieszkańców miasta i oddając ostatni głos we własnej sprawie. Roboczo można nazwać Ateńczyków przysięgłymi – byli nimi wyłącznie wolni obywatele Aten, mężczyźni (kobiety nie głosowały, nie głosowali też niewolnicy i cudzoziemcy). I tak to najbardziej demokratyczny proces, jaki jestem sobie w stanie wyobrazić. Proces ten dotyczył też raczej idei niż zdarzeń.

Trump i ławy przysięgłych

Trwający właśnie impeachment Donalda J. Trumpa ma doprowadzić do podobnego procesu. W momencie poddania sprawy Senatowi, senatorowie staną się przysięgłymi decydującymi o tym, czy w świetle Konstytucji USA i materiału dowodowego oskarżony jest winny czy niewinny. Senat USA składa się ze stu senatorów. Wymagana jest większość kwalifikowana 2/3 głosów. Proces taki nie jest procesem karnym, ale wyłącznie dotyczącym zdjęcia oskarżonego prezydenta z urzędu – po impeachmencie może nastąpić federalny proces karny przeciwko byłemu prezydentowi. Konstytucja USA wymaga, aby proces karny był prowadzony z udziałem ławy przysięgłych (jury, art. III.2).

Amerykański system prawny rozważa, jak powinna wyglądać ława przysięgłych, aby wynik procesu był sprawiedliwy, od przynajmniej stu lat. W końcu nie każdy obywatel trafia pod sąd składający się z demokratycznie wybranych senatorów. W artykule na ten temat pochodzącym z roku 1950, jaki ostatnio czytałam, rozważono, jakie znaczenie dla procesów przeciwko Afroamerykanom miał fakt, że w ławach przysięgłych zasiadali wyłącznie biali obywatele i jakie znaczenie dla procesów przeciwko kobietom miał brak kobiet wśród przysięgłych. Artykuł używa jeszcze terminów, które dziś traktowane są jako społecznie nieakceptowalne. Autor skupia się tam na socjologicznych i matematycznych doniosłościach głosowania przez przysięgłych, rozważając to w kontekście prawdopodobieństwa. Amerykanie starali się w sposób usystematyzowany, proceduralny zapewnić, że grupa decydująca o winie lub braku winy w imieniu społeczeństwa jest reprezentatywna. Miała ona reprezentować społeczeństwo, a nie wybraną grupę lub klasę (“The exercise of the duty of selection and not the organ of any special group or class” ).(1)

Rozprawiwszy się (lub nie) z problemem rasy i płci w ławach przysięgłych, amerykański system prawny przeniósł swoją uwagę na stronniczość związaną ze statusem ekonomicznym. Zauważono bowiem na przykład, że pracowników jest więcej, niż pracodawców, a więc pracodawcy stanowią mniejszość, która potencjalnie może być dyskryminowana. W tym miejscu pojawia się tam myśl, że skoro idealna reprezentatywność ławy przysięgłych nie jest praktycznie możliwa, to być może warto sobie przypomnieć o tym, że przecież w każdej grupie znajdzie się człowiek indywidualnie nadający się do wydawania sprawiedliwych sądów: “Jury competence is an individual rather than a group or class matter. That fact lies at the very heart of the jury system. To disregard it is to open the door to class distinctions and discrimination which are abhorrent to the democratic ideals of trial by jury”. (1) Zatem, jak można rozumieć, już po uznaniu, że ława przysięgłych musi być reprezentatywna, uznano znowu, że skoro perfekcyjna reprezentatywność nie jest wykonalna, odwołać się należy znów do wrodzonej zdolności ludzkiej do uniesienia się ponad przyziemną małostkowość i rozstrzygnięcia bezstronnego, co miałoby być niezależne od pochodzenia i klasy. Mimo to, rozciągnięto zasady dotyczące składu ławy na kwestię równej reprezentacji płci w ławach przysięgłych.

Autor stwierdza w 1950 r., że wady systemu ławy przysięgłych może zostały zaadresowane w systemie amerykańskiego sądownictwa, ale nikt nie zadał sobie trudu, by sprawdzić, czy rzeczywiście stronniczość związana ze składem ław przysięgłych w ogóle występuje. Autor poddał analizie kwestię uprzedzeń ekonomicznych w Los Angeles na podstawie danych o 1563 ławnikach z okresu 1935-1947. W przedstawionej tabeli zwraca uwagę, że na 945 ławników, którzy przyjęli proponowany urząd, aż 495 to osoby zakwalifikowane jako “proprietors, manages and officials”, z czego 84 były to żony tychże (uznano, że żony dzielą status majątkowy z mężami, będącymi właścicielami, dyrektorami lub wysokimi urzędnikami). W związku z tym, powstaje silne domniemanie, pisze autor, że nadreprezentacja właścicieli, dyrektorów i wysokich urzędników odbije się nie tylko na wynikach w relacji do grupy zawodowej, a także w kwestiach politycznych i ekonomicznych. (1)

Być może dlatego, że możliwości techniczne lub prawne nie pozwały na analizę werdyktów wydawanych przez ławy przysięgłych w Los Angeles w okresie tych trzynastu lat, autor odwołuje się do sondażu z 1946, w którym pytano: “Gdyby był pan/pani ławnikiem w sprawie pracowniczej w ostatnich trzech miesiącach, Pana/Pani decyzje byłyby bardziej korzystne dla pracownika, czy dla pracodawcy?”. Wyniki wskazały na to, że grupą zawodową najmniej skłonną do opowiedzenia się po stronie przeciwnej grupy, byli właśnie pracodawcy. Aż w 62,2% pracodawcy opowiedzieliby się w takim procesie po stronie pracodawców, podczas gdy pracownicy opowiedzieliby się po stronie pracowników tylko w 38,9%.

Autor uznał zatem, że nadreprezentacja osób uprzywilejowanych ekonomicznie musiała pełnić istotną rolę w wynikach procesów w badanym okresie w Los Angeles.

Demokracja

Do dyskursu, który codziennie obserwuję na Twitterze, wokół polskiego sądownictwa, treści wyroków i sposobu orzekania, izolacji sędziowskiej od społeczeństwa i roli mediów w tym wszystkim, warto dorzucić, że nad sprawą reprezentatywności organów sądowych ludzkość zastanawia się nawet nie od stu, a raczej od kilku tysięcy lat. Problemy, nad którymi się głowimy, nie są wcale nowe. Żeby uniknąć nakazywania filozofom targnięcia się na swoje życie, warto może spokojnie zastanowić się, do czego to wszystko prowadzi.

Podobnie jak proces Sokratesa, impeachment Donalda Trumpa nie będzie dotyczył zdarzeń (te są praktycznie przyznane), ale bardziej idei tego, co wolno demokratycznie wybranemu prezydentowi, a czego nie wolno. Republikanie mają tak duży resentyment do pewnych gałęzi poprzedniego establishmentu i tak wiele interesów wymagających obrony za wszelką cenę, że gotowi są stwierdzić, że amerykańska konstytucja niejako rozciągnęła się na działania popychane specyficznym intelektem urzędującego Prezydenta USA. Tolerancja Amerykanów, wynikająca może z życia w tak ogromnej różnorodności, być może doprowadzi do uznania, że w społeczeństwie nie idzie o ponadczasowe, liczone w dekadach ideały konstytucyjne, ale o interes mierzony w latach czy miesiącach (najbliższe wybory). Ujmując to metaforycznie, wbudowane w ustrój narzędzie do zapewniania stabilizacji (konstytucja), jak stabilizator obrazu kamery (znane też jako gimbal), zostanie uznane za nieistniejące. Jeśli jakiś tekst nam nie odpowiada, udawajmy, że go nie ma lub jest tak mało ważny, że pomijamy jego treść. W efekcie, obraz nie będzie już tak stabilny, jak wcześniej, chyba, że trafią się wybitni operatorzy kamery, który zachowają swoje wybitne umiejetności przez cały okres nagrań. Co jest mało prawdopodobne.

W Polsce demokratyzacja sądownictwa przebiega w taki sposób, że zmusiła do nowej, nieznanej wcześniej praktycznie aktywności samych sędziów i media. Okazało się, że społeczeństwo jest zainteresowane tym, jak działa system losowania, gdzie są granice swobody sędziowskiej, skąd biorą się sędziowie, jakie mają poglądy i kto decyduje o tym, gdzie orzekają, a także, kto może (jeśli ktoś może) wpływać na ich decyzje i jak bardzo. Doszliśmy do punktu, w którym strach ważną społecznie kwestię sądzić po cichu – udział mediów w sprawie, by uzyskać dodatkową platformę nacisku ze strony społeczeństwa, dla niektórych spraw stał się wręcz niezbędny. Ustawa o dochodzeniu roszczeń w postępowaniu grupowym z 2010 r. (2) od początku była za mało pojemna pod względem potencjalnej kwalifikacji do procesu grupowego, jednak otworzyła drzwi myśleniu o procesie jako narzędziu aktywizującym setki obywateli w ważnej sprawie. Dziś wielu obywateli chciałoby już nie tylko być stroną procesu wraz z setką innych osób o podobnych interesach, ale wręcz wpływać na to, jaki będzie wynik procesu, właśnie dlatego, że należy do grupy tak licznej.

Przy takim kierunku demokratyzacji sądownictwa warto byłoby może pomyśleć o procesie uwzględniającym przy orzekaniu nawet nie setki, ale może tysiące polskich obywateli. Dzisiejsze możliwości techniczne pozwalają już na głosowanie przez internet. Dlaczego, zatem, nie mielibyśmy sądzić przez internet jak obywatele Aten 2418 lat temu? Czy obywatel wioski cyfrowej będzie członkiem automatycznie i perfekcyjnie reprezentatywnej ławy przysięgłych? Czy zapewni mu się wystarczającą możliwość skupienia i uwagi, dowody i wiedzę, a przede wszystkim niezależność w wydawaniu osądu? Jak zapewnić prywatność oskarżonemu, którego sprawę osądzą wszyscy bez wyjątku? A może powinniśmy sądzić ludzi, nie wiedząc, kogo sądzimy, znając szczegóły, ale nie wiedząc, kogo właściwie dotyczą? Czy byłoby faktycznie możliwe, bez ukrycia części dowodów? Kto decydowałby o tym, ile wiedzy posiada decydująca publiczność? Kto dbałby o formalną stronę procesu? Kto pilnowałby wykonania wyroku?

Jeśli odrzucamy proces w pełni demokratyczny, proces, w którym każdy jest sędzią decydującym o winie lub braku winy w konkretnej sprawie, to czy chcemy się odwołać znowu do abstrakcyjnej idei sędziego? Przecież wiemy, że większość ludzi jest zdolna do takiej postawy. Na tym właśnie oparto ideę impeachmentu, zakładając, że senatorowie są zdolni do wyniesienia się ponad przynależność partyjną i polityczny związek z prezydentem. A jeśli każdy niemal obywatel ma zdolność do myślenia bezstronnego, do uniesienia się ponad przyziemną małostkowość i wydania sprawiedliwego orzeczenia, to po co zawracać głowę sądzeniem aż tylu obywatelom?

Wyznaczenie roli sędziego garstce obywateli jest przecież tym właśnie, co ma większość państw, w tym Polska. Powołanie do tej roli sprowadza się do zawierzenia wybranym osobom, że będą sądzić sprawiedliwie. Sędziom powierzyliśmy tak ważną rolę, że stali się świadkami bardzo prywatnych momentów życia, jak lekarz czy psycholog. System, który mamy, jest efektem kilku epok rozważań nie tylko w Polsce, ale w całej cywilizacji. Warto zadać sobie pytanie, czy demokratyzacja i medializacja procesu sądzenia są krokiem naprzód, czy krokiem wstecz, na tej drodze. A jeśli byłby to krok naprzód, jeśli społeczeństwo nie tylko potrzebuje udziału w procesie sądzenia, ale i może go uczynić bardziej sprawiedliwym, warto może zastanowić się, jak, przy dzisiejszym stanie techniki, taki proces można byłoby sprawiedliwie przeprowadzić.

(artykuł jest dostępny na licencji Creative Commons, ale z uznaniem autorstwa – znaczy, w razie wykorzystania, proszę podawać autorkę)

(1) W. S. Robinson, Bias, Probability and The Trial by Jury, American Sociological Review 1950, str. 73-78. [ http://www.pages.drexel.edu/~shs62/cj243/juryreadings/Robinson-Bias%20Probability%20and%20Trial%20by%20Jury.PDF]

(2) ustawa z dnia 17 grudnia 2009 r. o dochodzeniu roszczeń w postępowaniu grupowym, Dz.U. z 2019 r. poz. 1469 (t.j.)