W Polsce, czyli wszędzie – recenzja wybiórcza

Edwin Bendyk, autor książki “W Polsce, czyli wszędzie. Rzecz o upadku i przyszłości świata”, objął 1 lipca 2020 r. kierownictwo w Fundacji Batorego. Książka ta może być traktowana jako jego swoisty manifest. Żadnemu tematowi nie poświęca w niej więcej, niż kilka akapitów, i porusza ich bardzo wiele. Manifest ma formę książki, ale czyta się jak publicystykę. Bardzo polecam przeczytać, natomiast poniżej opisuję, czego mi zabrakło.

1. Pogłębienie

Jeśli książki popularnonaukowe są jak pływanie w oceanie wiedzy, książki naukowe jak nurkowanie, to “W Polsce…” czyta się, jakby się surfowało. Czasem się wpadnie na chwilę do wody, można sobie bezpiecznie zanotować, gdzie są najfajniejsze kąpieliska (warto też zajrzeć do bibliografii na końcu książki), ale zasadniczo pogłębienia brak. Wygląda na to, że jest to celowe – chodziło o widok na złożone zjawiska z lotu ptaka – ale efekt jest taki, że z tekstu nie wychyla się motto, myśl przewodnia ani szczególne hasło programowe autora.

Z drugiej strony na pierwszy plan wysuwa się ogromny szacunek do myśli noblistki Olgi Tokarczuk, która w książce cytowana jest w kilku miejscach i bardzo obszernie. Na koniec okazuje się, że książka jest efektem wspólnie realizowanego z Olgą Tokarczuk projektu (Festiwal Góry Literatury w 2019 r.).

2. Ilustracje

Autor analizuje w książce długą listę ważnych pozycji książkowych, których znajomości można mu tylko pozazdrościć. Jednak udostępniając polskiemu czytelnikowi tak ambitny produkt (książka ta, będąca świadectwem dużej erudycji, ma 350 stron), wydawca nie zaproponował formy, jaką podobna książka mogłaby mieć w USA czy Francji. Nie ma w niej ani jednej ilustracji – wykresu, reprodukcji zdjęcia, tablicy z danymi, ani nawet satyrycznego komiksu. Żyjemy w epoce wizualizacji danych, które w zasadzie królują dziś na łamach prasy, czy to drukowanej i dostępnej w sieci (tam czasem w formie interaktywnej), a w publicystycznej książce Edwina Bendyka wydanej na gazetowym papierze jest tylko suchy tekst na 350 stronach. Trzeba docenić wysiłek autora i korektorek (Krystyna Jaworska, Zofia Kozik), że tekst praktycznie nie zawiera literówek (naliczyłam jedną) i jest napisany pięknym językiem, ale braku ilustracji nie rozumiem. Wystarczyłoby kilka, bo miejsc, gdzie by pasowały, wcale nie ma aż tak wiele.

3. Indeks rzeczowy, indeks osobowy

W książce nie ma indeksu rzeczowego, co miałoby sens, szczególnie przy takich skrótach jak EROEI czy Klif Seneki, pojawiające się regularnie w całej publikacji.

Jest bibliografia, nie ma zaś indeksu osobowego, co przy tego rodzaju publikacji – ze względu na pojawianie się nazwisk polityków, artystów, naukowców – wydaje się oczywistym standardem.

Nie ma indeksu nazw, choć czasem autor posługuje się skrótami, których nie rozwija.

4. Innowacje

Na stronach 274-284 autor omawia kwestię finansowania innowacji w Polsce (podrozdział “Dogonić i przegonić”). Odwołuje się do prac prof. Jana Czekaja, a także cytuje prof. Włodzisława Ducha, zajmującego się m.in. sztuczną inteligencją (ten zauważył, że “system oceny nauki po reformie jest tak w Polsce skonstruowany, że zniechęca do podejmowania nowych kierunków badawczych” – prof. Duch w rozmowie z tygodnikiem “Polityka”, str. 282). E. Bendyk dostrzega konieczność wspierania innowacyjności dla cywilizacyjnego rozwoju państwa, ale pomija zupełnie (i to w całej książce) problem stosowania prawa w Polsce.

O finansowaniu innowacji można mówić w kategoriach ogólnych przy założeniu, że uzyskiwanie finansowania na projekty innowacyjne od państwa niczym w zasadzie nie różni się od uzyskiwania go ze źródeł prywatnych. Natomiast w Polsce tak nie jest. W Polsce zawieranie umowy z agendą państwową na jakiekolwiek finansowanie publiczne oznacza po pierwsze podpisanie niekorzystnej umowy, skrajnie chroniącej interesy państwa kosztem beneficjenta. Nie chodzi tylko o sposoby zabezpieczenia wykonania umowy, jakich państwo wymaga (trudno powiedzieć, czemu, skoro i tak nikt nie egzekwuje swoich wierzytelności tak skutecznie, jak państwo), ale także umowne konstrukcje tworzące rozmaite formy odpowiedzialność opartej na zasadzie ryzyka, a także zobowiązania beneficjenta do realizacji określonych świadczeń bez względu na to, czy będzie finansowany, czy nie.

Po drugie, zawieranie jakiejkolwiek umowy na finansowanie z jakąkolwiek agendą państwową oznacza, że tworzy się zobowiązanie publicznoprawne, w wielu aspektach nie różniące się niczym od podatku. Przedsiębiorca finansujący się sam lub ze środków prywatnych inwestorów musi przeznaczać dużą część wolnych środków na analizy i interpretacje podatkowe, oraz tworzenie stosów dokumentów i innych dowodów dowodzących uczciwości w zasadzie głównie w obszarze prawa podatkowego i ubezpieczeń społecznych. Natomiast przedsiębiorca finansowany przez państwo musi jeszcze oprócz tego ponosić duże nakłady na analizy i interpretacje innych przepisów związanych z uzyskanym finansowaniem, często przepisów nie mających oficjalnego statusu źródeł prawa, bo znajdujących się w regulaminach, wytycznych czy wydawanych ad hoc interpretacjach agendy, która chwilę potem może zostać zmieniona, a agenda nie ma żadnego obowiązku pamiętać, że kiedyś rekomendowała coś innego. Dodatkowo przedsiębiorca tworzy stosy dokumentów i dowodów swojej uczciwości w obrębie wydatkowania środków, które miały być przeznaczone na innowacje czy inny element budowania gospodarki opartej na wiedzy. Po jakimś czasie głównym zmartwieniem przedsiębiorcy nie jest już innowacyjność wdrożenia czy innego projektu (np. społecznego, zasypującego wykluczenie cyfrowe czy luki w systemie edukacji), ale rozliczenie finansowania na projekt. Uzyskane przez niego środki mają status publicznoprawny, co oznacza, że do egzekwowania tych środków wykorzystywany jest w zasadzie taki sam rodzaj przymusu państwowego, jak przy zobowiązaniach podatkowych.

Po trzecie, w relacji obywatel-państwo, jeśli mowa o zobowiązaniach podatkowych, nie istnieje coś takiego jak corporate veil. Odrębny status majątkowy spółki czy innej osoby prawnej jest całkowicie nierelewantny, gdyż system nie został zaprojektowany w taki sposób, aby zasłona odrębności majątkowej podmiotu chroniła obywatela przed państwem. Reguła ta działa względem innych obywateli i innych podmiotów prywatnych. W praktyce oznacza to, że podpisując umowę o finansowanie z państwem jako zarząd osoby prawnej, zarząd zobowiązuje się do zwrotu otrzymywanego przez podmiot finansowania z własnej kieszeni. Tysiące wydanych w Polsce orzeczeń – orzeczeń wydanych przez sądy administracyjne na gruncie przepisów ordynacji podatkowej o odpowiedzialności subsydiarnej osób fizycznych za zobowiązania publicznoprawne organizacji – regularnie to potwierdza.

Nie jest to wina prawa Unii Europejskiej – zawarte tam zasady, np. proporcjonalności przy rozliczaniu finansowania z funduszy europejskich, nie pozwalają na nadmiernie formalistyczne interpretowanie wytycznych dla projektów, ale mimo to taki formalizm w Polsce występuje. Nie jest to wina prawa polskiego – w przepisach istnieją zasady dotyczące np. pogłębiania zaufania obywatela do państwa, interpretacji niejasnych przepisów na korzyść obywatela, zakazu odstępowania od przyjętej wcześniej praktyki na niekorzyść obywatela. Po prostu organy i sądy ich nie stosują, a jeśli to robią, to rzadko. Inaczej takie nagłówki jak “Uczciwości nie dowodzi się biurokracją” nie byłyby sensacją w codziennej gazecie. Tendencje powracania zdrowego rozsądku do organów stosowania prawa budzą nadzieję, ale zmiana przychodzi bardzo powoli. Prawdopodobnie jest to jedyny właściwy sposób powstawania takiej zmiany (nagłe rewolucje w wymiarze sprawiedliwości nie przynoszą nic dobrego), ale oznacza to, że przez najbliższych kilka dekad polski wymiar sprawiedliwości nie będzie współpracował w realizacji projektów innowacyjnych i społecznych według strategii rozwoju na miarę opisywaną w książce “W Polsce, czyli wszędzie” Edwina Bendyka.

Trudno mi zrozumieć, dlaczego tak ważne zagadnienie, jak stosowanie prawa w Polsce przez organy administracji i sądy, zostało w książce pominięte. W każdym razie warto wiedzieć, że nawet najlepsze pomysły dotyczące finansowania innowacji na poziomie rządowym nie spowodują, że jednostki posiadające innowacyjne pomysły zaczną w Polsce gremialnie występować o finansowanie swoich projektów ze środków krajowych i europejskich, budując “teamy”, inwestując w “kapitał ludzki”, “współdzieląc wiedzę” itd. Nie zrobią tego, ponieważ takie finansowanie jest bodaj najbardziej ryzykownym źródłem finansowania w Polsce. Osoby takie nie posiadają wystarczającego majątku prywatnego, aby podjąć się tak wysokiego ryzyka, a także nikt ich od niego skutecznie nie ubezpieczy. Gdyby zaś miały takie środki, finansowałyby się same. Jeśli to nie jest przykład paragrafu 22, to nie wiem, co może nim być. Nie mając komfortu minimalnego bezpieczeństwa osobistego, praktycznie nikt, kto nie posiada wsparcia wielkich korporacji albo stuletnich uczelni, nie będzie robił w Polsce ryzykownych projektów. A wielkie organizacje nie lubią innowacji i ryzyka, zatem koło się zamyka.

Na wstępie wkleiłam obrazek, z cytatem: “Być demokratą to przede wszystkim znaczy, nie bać się” Istvana Bibo. Brakuje mi w analizie Edwina Bendyka świadomości tego, że bycie odważnym w obszarach, które pozostają poza sferą zainteresowania analityków i mediów, na nic się nikomu nie zda, ponieważ przepada w chaosie innych informacji. Ponownie, pomimo uwag, serdecznie polecam książkę przeczytać.